„127 Hours” – „127 godzin” reż. Danny Boyle
127 godzin opowiada historię młodego grotołaza, wspinacza górskiego (czy jest w języku polskim odpowiednik „mountain climber”?) Arona Ralstona (James Franco), który wybiera się na samotną wyprawę w okolice dobrze znanego ze skeczu Maćka Stuhra o Maxie Kolonko Moab w amerykańskim stanie Utah. Samotnie, do tego nie informując nikogo, dokąd się udaje – to przepis na katastrofę. Sam Rolston jest samozwańczym ratownikiem – amatorem, więc wie dokładnie, czym się mogę skończyć takie samotne eskapady w jaskinie kanionów w Utah. Na dramat nie trzeba długo czekać – zostaje uwięziony w niewielkim kanionie pod głazem, który spadł, przygniatając i miażdżąc mu prawą rękę. Jako że nie pozostało mu nic innego, jak czekać na pomoc, w ciągu następnych pięciu dni (albo też, tytułowych 127 godzin) Aron dokonuje na oczach widza swoistego rozrachunku z własnym życiem – podróży po wspomnieniach - czasem sentymentalnych, czasem zabawnych, a czasem znów gorzkich. Zabraną w plecaku kamerą dokumentuje ów proces – zdając sobie cały czas sprawę, iż to nagranie może być jedyną rzeczą, jaka pozostanie po nim jego bliskim. Przypomina sobie więc swoich rodziców, przyjaciół, byłe dziewczyny, a także spotkane krótko przed wypadkiem dwie przypadkowe turystki – a widz zastanawia się wraz z nim, czy będą one ostatnimi osobami, jakie Aron spotka w życiu.
Nowy film Danny Boyle’a trzyma równy poziom. Ogląda się go „na jednym wdechu” – od początku, aż po sam koniec – a należy pamiętać, że w większości, z racji specyfiki opowiadanej historii, jest to film jednego aktora. James Franco jest wyśmienity – ironiczny, sarkastyczny, pełen sprzecznych emocji, które targają nim bardzo wiarygodnie. Jest jednocześnie człowiekiem, do którego kondycji fizycznej i umiejętności większości z nas, mieszczuchów daleko; i Everymanem, z którego położeniem (kogoś uwięzionego bez drogi wyjścia, przygniecionego ciężarem nie do zrzucenia) widz jest w stanie się absolutnie utożsamić. Sama formuła obrazu jest również bardzo ciekawa - przeplatająca humor ze wzruszeniem, przygodę z thrillerem, sceny filmu drogi ze scenami rodem z Piły. Świetna jest muzyka, która stanowi doskonałe tło, uzupełniające wydarzenia na ekranie. Historia trzyma w napięciu i wciąga tym bardziej, iż wydarzyła się naprawdę. Bardzo dobre role drugoplanowe – Amber Tamblyn („Stowarzyszenie wędrujących spodni”, „Joan z Arkadii”) i Kate Mara („Iron Man 2”, Strzelec”) jako wspomniane turystki, oraz zjawiskowa Clémence Poésy („In Bruges”, filmy o Harrym Potterze) jako jedna z kobiet z przeszłości Arona.
Nasuwa się nieuniknione porównanie z „Into the Wild” ( „Wszystko za życie”) Seana Penna – i film Danny Boyle’a to porównanie wytrzymuje bardzo dobrze. Historie są podobne nie tylko dlatego, iż obie są oparte na prawdziwych wydarzeniach – podobieństwo jest również w tym, że obie są świetnymi przykładami kina, o którym amerykański przemysł fimowy trochę jakby zapomniał – kameralnego obrazu, w którym nie ważne są efekty specjalne, 3D i motion capture, a właśnie dobrze opowiedziana historia, i aktorstwo, które samo się broni. Boyle wiele ryzykował, powierzając rolę która faktycznie jest nie tyle główną, co JEDYNĄ w całym obrazie Jamesowi Franco – widz pamięta go bowiem raczej z produkcji w stylu „Spider-Man”, „Tristan i Izolda” oraz „Jedz, módl się, kochaj”. Franco jednak po roli w „Obywatelu Milku” udowodnił, że nie jest tylko kolejną ładną buzią Hollywood. Nominacje dla niego (i filmu) do Złotych Globów i Oscarów mówią same za siebie – Franco nie tylko rolę udźwignął, ale i uniósł ją mądrze i z lekkością, jakiej pozazdrościć mu mogą starsi, bardziej doświadczeni koledzy.
A skoro o zazdrości mowa – filmy Danny’ego Boyle’a mogą być określane za pomocą wielu przymiotników, ale na pewno nie znajdą się pośród nich takie jak „nudny”, „komercyjny”, czy „wtórny” - i tego może mu pozazdrościć choćby Darren Aronofsky, którego ostatnie dzieła (z chlubnymi wyjątkami, oczywiście) są właśnie takie. I przynajmniej za to – za równy poziom, i za wyjątkową historię opowiedzianą wyjątkowo dobrze, daję filmowi Boyle’a 8/10. Warto pójść do kina - polska premiera "już" 18-go lutego.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz